wtorek, 13 kwietnia 2021

O chomiku, który straszy ;)

 

Według kalendarza świąt nietypowych przedwczoraj, tj. 12 kwietnia, był Dzień Chomika. Biję się w piersi, że nie było na czas o tym wzmianki na stronie na fb ale jak rzecze polskie przysłowie: „Lepiej późno, niż wcale”. Wzmianka jest więc dziś. Pozdrawiam gorąco wszystkich obecnych właścicieli chomików, jak też i byłych – do tych ostatnich również ja należę.

W związku z tym dniem zebrało mi się na wspomnienia i chętnych zapraszam do poczytania historii dwóch chomików, które mieszkały w naszym domu.

Pierwszym chomikiem, który zawitał do naszej rodziny była samiczka chomika dżungarskiego: albinoska, krwawooka i, jak się później okazało, nieco nerwowa osobniczka, którą obdarzyliśmy pięknym imieniem Sandy (z ang. piaskowy: miała bowiem uroczy, piaskowej barwy paseczek biegnący wzdłuż grzbietu). Niestety, jak wcześniej wspomniałam była ciut nerwowa, wykazywała nikłe oznaki przywiązania i gryzła przy próbach głaskania. Nocami była niezwykle aktywna (co typowe dla chomików), wytrwale i zapamiętale gryzła pręty klatki hałasując przy tym niemiłosiernie i uniemożliwiając spokojny sen w dziecięcym pokoju. Wskutek tego po pewnym czasie była systematycznie wynoszona na noc z klatką do łazienki. Wykazała się również niezwykłą zwinnością i elastycznością przeciskając się między prętami w drodze na wolność. Po pierwszej takiej dezercji została zdybana za regałem z książkami (które to książki do momentu złapania zaczęła dosłownie pożerać) a klatka uszczelniona. Sandy uciekła jednak ponownie. Tym razem nie dała się złapać. Przez jakiś czas słychać było skrobanie i drapanie w różnych miejscach, w których próbowaliśmy ją potem wyśledzić – jednakoż bezskutecznie. Niestety zwierzątko nigdy się nie znalazło i biały krwawooki chomik straszy po dziś dzień w niepozornym domku jednorodzinnym w pewnej małej mazurskiej miejscowości :P.

No dobrze– trochę popłynęłam z tym straszeniem ;P.

Drugi chomiczek, który z nami mieszkał był typowym przedstawicielem chomików dżungarskich. Też samiczka, nazwana wdzięcznie przez dzieci Niunią. Niunia była zdecydowanie łagodniejsza i spokojniejsza od poprzedniczki. Dożyła później chomiczej starości. Zmarła po 3 latach i miałą piękny pogrzeb w ogrodzie. Pamiętam dobrze, że dzień był wtedy dżdżysty, chłodny. Zrobiłam zwierzątku „trumienkę” z ekologicznego, kartonowego pudełeczka po paście do zębów. Poszliśmy we trzy: ja i dwie młodsze córeczki do ogrodu i zakopałam zwierzątko wśród pochlipywań maluchów. Postawiłyśmy zapalony tealight w słoiczku z dziurkowaną pokrywką (żeby deszcz nie zgasił zbyt szybko światełka).

Taki oto był koniec drugiego i ostatniego, jak na razie, chomika w naszej rodzinie.

P. S. Dzień chomika zainspirował mnie do zrobienia maleńkiego chomiczka na rzemyk/ breloczek. Poniżej wstępnie wykonany model. Ten olbrzym ma całe 17 mm wysokości 😉

Wymaga jeszcze małego dopieszczenia. Potem wypiekanie i malowanie ręczne akrylami. Pokuszę się też chyba o wersję ze srebra. Efekty będę prezentować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Witam serdecznie każdego odwiedzającego i dziękuję za komentarze :)